Położenie:

Rzeszów

do 100 km

Miłość! Uwaga! Hey! Live!

7 marca 2010, Ostatnia aktualizacja: 2010-03-08 19:37:27
Miłość! Uwaga! Hey! Live!
Hey po kilkumiesięcznej przerwie zawitał znowu do Rzeszowa. Jak zdecydowana większość koncertujących u nas artystów, wystąpił w klubie Live. Pojawiło się zatrważająco dużo fanów, którzy mieli wysokie oczekiwania co do tego widowiska. Zarówno Hey, jak i Live stanęli jednak na wysokości zadania.
Ludzie zjawili się rzeczywiście wyjątkowo licznie – przejście z jednego końca klubu na drugi czy dopchanie się do baru wymagało sporych umiejętności akrobatycznych i zapasu cierpliwości. Występ rozpoczął się jakieś 40 minut później niż planowano i tłum powoli zaczął się niecierpliwić. W końcu jednak w głośnikach poleciało upragnione „Live!” i zapowiedziano gwiazdę wieczoru.

Koncert właściwie można podzielić na dwie części. W pierwszej, muzycy zaprezentowali utwory z najnowszej płyty pod niezbyt optymistycznym tytułem „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”. Jest to krążek dość przełomowy w dorobku Hey, gdyż zespół odszedł na nim od swojego typowego brzmienia w stronę elektroniki. Nie jest to metamorfoza tak drastyczna jak w przypadku Agnieszki Chylińskiej, jednak wyraźnie zauważalna. Osobiście nie uważam tego za zmianę podyktowaną obecnymi trendami i chęcią przypodobania się nowej generacji słuchaczy, gdyż w solowych projektach wokalistki Hey, Kasi Nosowskiej, od dawna można było zaobserwować fascynację tego rodzaju muzyką. Wróćmy jednak do koncertu. W pierwszej jego części, jak już mówiłam, muzycy zaprezentowali utwory z ostatniej płyty. Szkoda tylko, że zagrali je w takiej samej kolejności, w jakiej występują na krążku i w takich samych aranżacjach… Zamykając oczy, można było odnieść wrażenie, że ktoś nastawił głośno płytę. Jednak otworzenie oczu niwelowało wszelkie nieprzyjemne odczucia. Oprawa wizualna była na wręcz mistrzowskim poziomie, jak zawsze zresztą w Live. Oprócz rewelacyjnej gry świateł, nad sceną były rozwieszone trzy małe ekrany, na których wyświetlane były intrygujące wizualizacje. Całość tworzyła hipnotyzujące wręcz wrażenie, zwłaszcza że światła często były zgrane z beatem – widać to było zwłaszcza w utworze „Piersi ćwierć”. Przy promującym całą płytę „Kto tam? Kto jest w środku?” publika rozkręciła się na dobre. Pierwszą część koncertu (podkreślam, że podział jest mój własny, przerw żadnych w występie nie było) zakończył ostatni utwór z „M! U! R! P!”, czyli nastrojowa ballada „Nic więcej…”. Wśród publiczności dało się wyczuć oprócz melancholijnego nastroju jednak pewne wyczekiwanie – wiadomo było bowiem, że teraz albo koncert się zakończy albo wreszcie zagrają coś starszego. Hey nie zawiódł – zagrali jeszcze długo, między innymi takie przeboje jak „Muka!”, „Antiba”, „Heledore babe” czy „W imieniu dam”. Dość długo kazali się prosić o bis, za to w jego ramach zagrali aż 4 utwory, w tym ulubiony przez publiczność po sukcesie „Hey MTV Unplugged” cover „Angelene” PJ Harvey.

Koncerty oraz sama twórczość Hey są przyjemnością dla słuchaczy, dla których słowa są równie ważne jak melodia. Przy ich muzyce nie można się po prostu „wyłączyć”, trzeba aktywnie słuchać, aby wyłapać wszelkie gry słowne, zaskakujące porównania, niecodzienne metafory… Tekst nie jest dodatkiem do muzyki ani muzyka do tekstu, wszystko tworzy spójną całość. Jeśli dodamy do tego perfekcyjne nagłośnienie, jakie oferuje Live oraz wspaniałą oprawę wizualną, otrzymujemy widowisko nie tylko dla oczu i uszu, ale też dla ducha. Z uwag technicznych dodam jeszcze, że Nosowska nadal prezentuje skrajny minimalizm jeśli chodzi o ruch na scenie, jednak z rozbrajającą szczerością stwierdziła, że jej to już nie wypada tak się „gibać”. Fani i tak ją uwielbiają taką, jaka jest, co wyrażali nie tylko gromkimi brawami, ale też okrzykami w stylu „Kaśkaaaaaaaaa!”. Mnie osobiście urzekł także gość od oświetlenia w Live – nie dość, że przesuwa i naciska jakieś tajemnicze guziczki, to jeszcze bawi się chyba najlepiej na całej sali. Skacze, tańczy, śpiewa, cały czas jednak tworząc świet(l)ne show. Pogratulować energii i widocznej satysfakcji z wykonywanej pracy! Kolejny punkt dla ekipy z Live - zadbali o to, aby ludzie nie pozabijali się tłocząc się po koncercie do szatni. Mur groźnie wyglądających ochroniarzy wypuszczał ludzi stopniowo i pilnował, aby nie doszło do przepychanek. Wprawdzie dla ludzi spieszących się na autobus mogło to być uciążliwe, wyglądało też z zewnątrz, jakby Live nie chciał wypuścić swoich gości, jednak dzięki temu można było wybrać kurtki i wyjść bez obawy, że zostanie się zgniecionym/zdeptanym/uduszonym.

Podsumowując – kolejny udany koncert Hey, kolejny udany koncert w Live. Oby tak dalej.

Zobacz również:

Shoutbox

Zaloguj się aby napisać komentarz